Pokazywanie postów oznaczonych etykietą życie codzienne. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą życie codzienne. Pokaż wszystkie posty

wtorek, 2 lutego 2016

Małe uzupełnienie wczorajszego artykułu o przedwojennych kawiarniach warszawskich i przy okazji mały przewodnik kulinarny ;) Do czasów obecnych oprócz Cafe Bristol działającego od 1901 roku niemal identyczny wystrój zachowała oczywiście cukiernia i kawiarnia Wedla przy Szpitalnej 8 (działa od 1894 roku). Ponad 140 letnią tradycję kultywuje też lokal Bliklego przy Nowym Świecie, który działa w tym miejscu niemal nieprzerwanie od 1869 roku. Na uwagę zasługuje restauracja Pod Gigantami, która co prawda istnieje od stosunkowo niedawna, ale jej lokal mieści się w oryginalnych wnętrzach rezydencjonalnych kamienicy Pod Gigantami zbudowanej w latach 1904- 1907 przy Alejach Ujazdowskich. W tej restauracji można spotkać min. 250- letnie parkiety, zabytkowe polichromie, czy jedną z kopii obrazów Stanisława Augusta pędzla Antoniego Bacciarellego. Najstarszą restauracją funkcjonującą do dziś w Warszawie jest restauracja "U Fukiera", której tradycja sięga nawet XVI wieku, a do czasów II wojny światowej w piwnicach kamienicy Fukierów mieścił się najsłynniejszy w Warszawie skład wina. Jeśli znacie inne miejsca kulinarne w Warszawie, które kultywują przedwojenną i dawniejszą tradycję (a z pewnością jest ich więcej) piszcie o nich.






Warszawskie kawiarnie międzywojnia. Któż nie chciałby dziś przejść się do lokalu z prawdziwym klimatem, jedynym w swoim rodzaju, gdzie szyk łączył się z dystynkcją obsługi, a znane osobistości wzbudzały powszechny szacunek i być może, odrobinę ciekawskiej zazdrości. Kto dziś nie chciałby zajrzeć w sobotnie popołudnie do Małej Ziemiańskiej, gdzie popijając ze szklanki kawę podaną po "warszawsku" mógłby spotkać któregoś ze Skamandrytów, a gdy zmrok już zapadnie posłuchać Chóru Dana. Brakuje dziś muzyki na żywo w warszawskich kawiarniach. Brakuje dansingów i obrotowych parkietów. Brakuje też tej "dekadenckości" miejsc, gdzie omawiano sekrety życia towarzyskiego w oparach tytoniowego dymu, a gwiazdy literatury, czy filmu przychodziły, by "być", by ich widziano i o nich mówiono. Dziś jest inaczej, a wszystko ma swoje lepsze i gorsze strony. Kiedy coś się kończy powstaje coś innego i nic nie musi być gorsze, czy lepsze. Klimat tamtych czasów przeminął, ale wciąż można nim żyć. Dowodem tego jest nasza strona, która powstała, by o nim przypomnieć, a teraz jej czas powoli przemija. Ale to, co stworzyliśmy mamy nadzieję, przekonało kogoś, że modernistyczny świat nie jest jedyną drogą. Dziś przypomnimy jeszcze jak wyglądało życie w warszawskich kawiarniach przed wojną, bo dziś jest już zupełnie inaczej...
Międzywojenne kawiarnie. Tekst źródłowy (niestety) z Wyborczej.
„Ziemiańska, Lourse, Blikle. To były salony towarzyskie. Kawiarnie otwierano około siódmej rano - siedem razy w tygodniu. Wolnych niedziel nie uznawano. W niedzielę to mógł być zamknięty fryzjer czy szewc. Ale nie kawiarnia. Dzień zaczynano od serwowania śniadań. Oczywiście nie każdego było na nie stać. Jeśli ktoś kręcił powrozy na Solcu, to się raczej nie zjawiał. Stać było za to właścicieli fabryk, urzędników.
Kasjer w banku raz na tydzień mógł sobie pozwolić na zaproszenie do kawiarni narzeczonej. Gości witał "szwajcar", czyli portier. Zdejmował czapkę, kłaniał się i otwierał drzwi. Podłe zajęcie, przez pół roku na zimnie, kilka miesięcy w upale. Robili to głównie Szwajcarzy, którzy przyjechali do Polski z ubogiej wówczas ojczyzny. Szatniarz był człowiekiem instytucją. Nie tylko nie dostawał wynagrodzenia, ale jeszcze płacił właścicielowi za przywilej prowadzenia szatni. Do jego obowiązków oprócz prowadzenia szatni należało jeszcze sprzątanie kawiarni. Nie było napisu "szatnia płatna", bo to w złym tonie. Każdy wiedział, że wypada zapłacić. Szatniarz sprzedawał też papierosy i cygara oraz służył ogniem.
Panowie i panie zostawiali w szatni płaszcze, kapelusze, laski, rękawiczki i futra. I szli do sali.
W większych kawiarniach był tzw. maître d'hôtel. Dzisiejszy kierownik sali. Przyjmował gości. Pytał, na ile osób potrzebny jest stolik, i ich do niego prowadził.
W każdej kawiarni kilka stolików było na stałe zarezerwowanych dla najznakomitszych gości - tak na wszelki wypadek, gdyby nagle zjawił się ktoś ze sfer rządowych czy jakaś filmowa sława lub pisarz. Nikt inny nie miał prawa przy tych stolikach siedzieć. Następnie maître d'hôtel przysyłał do stolika kelnera, który przyjmował zamówienie. Do I wojny światowej do kelnera zwracano się per ty.
Na porządku dziennym było: "Przynieść mi tu, kochany, gazetkę", "Podaj, kochasiu, rachunek". "A co tu macie dobrego, kochanieńki?" - pyta klient.
Jeżeli kelner by odpowiedział: "Proszę pana, my tu wszystko mamy dobre" - to byłoby straszne faux pas.
Jeżeli kelner by odpowiedział: "Ja to najlepiej lubię to.....", to już było lepiej, ale nadal nie najlepiej.
To jak powinien odpowiedzieć? Pytaniem: "A co pan szanowny będzie pił do tego?" albo: "A co pan lubi? Bo jak lubi pan torty, to mamy czekoladowy i śmietankowy. Oba poezja smaku". Pytanie miało być okazją do wymienienia całego asortymentu kawiarni. I niech klient sam wybiera.
Kiedy kelner przyjął zamówienie, szedł do kuchni i prosił o wydanie. Całe zamówienie kupował od kawiarni. Wszystko obciążało jego rachunek. Na koniec dnia kelner płacił za to, co zamówił dla gości. Oczywiście z pieniędzy, które dostał od klientów. Właściciele kawiarni zabezpieczali się w ten sposób, gdyby któryś z klientów nie zapłacił. Manko obciążałoby wtedy kelnera, a nie właściciela. Napiwki stanowiły średnio 10 proc. kwoty zamówienia - zostawały dla niego.
Dżentelmeni i szacowne panie jadły tzw. śniadania wiedeńskie, czyli jajka na miękko, ale wbite do szklanki. Szklanka była podawana w miseczce z gorącą wodą, żeby jajka nie stygły. Czasami wkładało się tam kawałek masła. Do tego były bułki lub rogaliki, szynka i biała kawa. Na początku kawę podawano po turecku, czyli gotowano wraz z wodą.
W latach 30. były już ekspresy ciśnieniowe do kawy. Bardzo gustowne, niklowane. Ekspresem zajmował się odpowiedni pracownik - barista. Ziarno kupowało się od hurtowników, którzy sprowadzali je z zagranicy. W latach 30. modne było zamawianie kawy mokka. Latem popularny był mazagran, czyli kawa z wodą sodową i likierem. Napój podawało się na zimno. Jeśli ktoś zamawiał mazagran, to od razu wiadomo było, że chodzi o człowieka światowego i bywałego. Poza tym jak to intrygująco brzmiało!
Śniadanie jadło się godzinę albo dłużej. Nikt specjalnie się nie śpieszył. Czytano przy tym poranne gazety. Były udostępniane za darmo - przymocowane na specjalnym kijku. Gość machał ręką do pomocnika kelnera, a ten mu gazetę przynosił. Gazety należały do szatniarza, który sam za nie płacił.
W szynkę i przyprawy kawiarnie zaopatrywały się w sklepach korzennych, dzisiejszych delikatesach. Najsłynniejsze sklepy mieli Bracia Pakulscy, a właściwie Skład Win i Towarów Kolonialnych "Bracia Pakulscy".
Pakulscy dostarczali też likiery i koniaki. Piwo z kolei przywożono od firmy Haberbusch i Schiele, która miała zakład na Krochmalnej 59. Zakład to zresztą za mało powiedziane. W 1911 r. był to największy browar w zaborze rosyjskim. W wyniku działań wojennych i rekwizycji stracił równowartość 5 mln rubli w złocie.
W 20-leciu międzywojennym ponownie rozkwitł i wielkością ustępował tylko browarom z Tychów i Okocimia (po II wojnie w budynkach Haberbusch i Schiele swoją siedzibę miały Browary Królewskie). Beczki z piwem były przywożone do kawiarni platformą konną. Ciągnęły tę platformę dwa perszerony, silne pociągowe konie, często używane w rolnictwie. Woźnicą musiał być człowiek niewiarygodnej krzepy. Do jego zadań należało stoczenie po pochyłych dechach ważących dziesiątki kilogramów beczek.
Nie było żadnych dzwoneczków wzywających kelnerów. Nie było to jednak konieczne. Maître d'hôtel i kelnerzy cały czas "radarowali" salę. Gdy tylko widzieli uniesioną rękę, od razu się zjawiali. Nie czekało się dłużej niż minutę. Kelner i szatniarz były to zawody przekazywane z ojca na syna. Ojciec przyuczał swojego następcę, pokazywał, jak należy obsługiwać gości. Często właściciele lokali pytali zainteresowanego pracą, czy w rodzinie ktoś już "kelnerował". Jeżeli tak, można było mieć pewność, że zainteresowany etat otrzyma.
Rachunki podawano na małej platerowej tacce. Towarzystwo płaciło gotówką. Jeśli nie miało gotówki, to nie przychodziło. Tylko w tanich knajpach dawano "na zeszyt".
Po zakończeniu wydawania śniadań do kawiarni przychodziły na ploteczki panie niepracujące z dobrych domów, żony majętnych mężów. Zjawiały się ok. godz. 10-11. W latach 30., kiedy nastąpiła emancypacja, panie przychodziły po porannej jeździe na koniu. Podjeżdżały do kawiarni packardami (jedna z najbardziej znanych w latach 20. i 30. XX wieku amerykańskich marek samochodów luksusowych).
W porze obiadowej, między 13 a 14, w kawiarniach nie serwowano klasycznych obiadów. Obiady jadło się w restauracjach eleganckich hoteli, np. Bristol, Europejski. W Hotelu Rzymskim mieściła się słynna restauracja Aleksandra Bocqueta. U Langera były najlepsze węgorze w mieście, u Simona i Steckiego przy Krakowskim Przedmieściu doskonałe wina, a oprócz winiarni sala restauracyjna.
Po obiedzie trzeba było zjeść deser. W kawiarniach ok. 14 znów więc robiło się tłoczno. Zamawiano ciasto tortowe, czyli biszkopt przełożony masą kremowo-jajeczną, tort szwarcwaldzki, tort orzechowy, tort marcepanowy, lody. Przychodziły wtedy pary i mężczyźni.
W kawiarni po godz. 20 byli już raczej tylko panowie. Sprzedawano likiery, koniaki, cygara. Toczyły się rozmowy o polityce, ale też o podbojach miłosnych. Jak widać, kobiety, formalnie nieobecne, cały czas czaiły się w pobliżu.”
Ciekawostka o tym skąd wziął się zwyczaj stawiania wazonów z kwiatami na stolikach:
"O tym, jak na stolikach stanęły wazoniki z kwiatami, opowiadał mi naoczny świadek takiej sceny. Otóż raz do cukierni przyszedł jeden ze stałych klientów na spotkanie z damą swego serca, przynosząc jej zawiniętą w papier różę. Gdy usiedli przy stoliku i - jak to dawniej normalnie bywało - niby spod ziemi wyrósł przy nich kelner czekający na zamówienie, dama poprosiła o wazonik z wodą, aby róża nie zwiędła. Kelner pobiegł do szefa, który złapał się za głowę, gdyż o żadnych wazonikach nikt w zakładzie nie myślał, natomiast żądanie klienta było rzeczą świętą. Podano jakieś naczynie z wodą, dalszą natomiast konsekwencją stał się zwyczaj ustawiania na stolikach wazoników z kwiatkami" - pisze niezrównany Wojciech Herbaczyński w książce "W dawnych cukierniach i kawiarniach warszawskich". Kobiety przychodziły do kawiarni zawsze w towarzystwie, zazwyczaj męskim. Przed I wojną światową widok samotnej kobiety w lokalu to była rzadkość.”
I jeszcze jako drugą ciekawostkę można przytoczyć pochodzenie popularnej kremówki zwanej również „Napoleonką”. Otóż nazwa Napoleonka według niektórych źródeł wzięła się od nazwy przedwojennej cukierni w Warszawie o tej samej nazwie. „Napoleonka” należała do Feliksa Gołaszewskiego, mieściła się przy ul. Świętokrzyskiej 26 i była zwrócona frontem do placu Napoleona. Sprzedawane w „Napoleonce” ciastka przejęły ponoć od niej nazwę i były jej sztandarowym produktem.






sobota, 16 stycznia 2016

Skocznia narciarska na Agrykoli otwarta została w 1925 r., a rozebrana w latach 70. Jak widać na zdjęciach, przyciągała nie tylko fanów skoków. :) A Wy lubicie jeździć na nartach czy może preferujecie inne sporty zimowe? :)







piątek, 15 stycznia 2016

Wiele czasu spędziłam dziś na przystankach czakając na poopóźniane autobusy i tramwaje. Zima znów wszystkich zaskoczyła. ;) To natchnęło mnie do sprawdzenia, jak wyglądała Warszawa w połowie stycznia w różnych latach okresu międzywojnia. Zaopatrzona w koc, kakao i czekoladę rozpoczęłam poszukiwania. Poniższe zdjęcia pochodzą z lat 30. Każde jest oczywiście z innego roku. :)







niedziela, 15 listopada 2015


Stefan Starzyński 14 listopada 1938 r. powołał Biuro Studiów Kolei Podziemnej. Głównym zadaniem Biura była budowa warszawskiego metra. Planowano trasy o łącznej długości 46 km, z czego część miała biec na ziemi lub w estakadach. Budowę przewidziano na 35 lat – powstać miało pięć tras biegnących południkowo, trzy równoleżnikowo oraz ich odnogi. Zaprojektowane zostały w sposób mający w przyszłości umożliwić ich wydłużenie.

sobota, 24 października 2015

Dancing w Adrii, eleganckie pary, a w tle piosenka o Warszawie. :) Gdzie się podziały tamte dancingi?

wtorek, 13 października 2015

Cóż lepszego może człowiekowi się przytrafić w jesienną, deszczową pogodę niż łyk złocistego trunku, który zawsze przynosi ulgę, gdy ckliwo w sercu i żołądku? ;) Poniżej przedstawiamy kilka reklam piwa z Browarów Warszawskich Haberbusch i Schiele oraz najsłynniejszą wówczas reklamę piwa żywieckiego, która znajdowała się na nieistniejącej dziś kamienicy Pinkusa Lothego (obecna Rotunda). Warszawa posiada bardzo głębokie tradycje browarnicze sięgające średniowiecza, niestety dziś mocno zaniedbane.







środa, 30 września 2015

Nasze polskie Pendolino.
Luxtorpeda w 1936 r. ustanowiła nie pobity do dziś rekord na trasie Kraków-Zakopane. Jeśli się nie mylę, wynosi on 2 godz. 18 min. Te spalinowe wagony miały zaledwie 22,5 m długości i osiągały zawrotną jak na tamte czasy prędkość 115 km/h. Podróż nimi nie była tania, ponieważ dysponowały tylko pierwszą klasą, a mieściły jedynie 60 osób. Pierwszy wagon wypożyczono z Austrii od firmy Austro-Daimler. Spodobał się na tyle, że Polacy zdobyli licencję na jego produkcję i już w 1936 r. Fabryka Lokomotyw „Fablok” wypuściła pięć wagonów pasażerskich, które znacząco ulepszyła. Część wagonów została zbombardowana przez Niemców w czasie wojny, resztę w latach 50. przeznaczono na złom. I tak niestety do naszych czasów przetrwały one tylko na fotografiach.
 


 

sobota, 22 sierpnia 2015

wtorek, 28 lipca 2015

 


Kolejka górska, diabelskie młyny, wieża spadochronowa, gabinety krzywych luster, beczki śmiechu, zjeżdżalnia, strzelnica… Czego by tam nie było? Każdy mógł znaleźć coś dla siebie! Luna Park „100 pociech” oferował mnóstwo atrakcji. Został utworzony w Parku Praskim w 1930 r. i działał do czasów wojny. Oprócz atrakcji typowych dla wesołego miasteczka znajdowały się tam letnie ogródki i teatrzyki, a w powietrzu rozchodziły się dźwięki melodii przygrywanych przez kapele i orkiestry. Czyż nie byłoby pięknie, gdyby "100 pociech" powróciło do Parku Praskiego?



Największą atrakcją była kolejka górska. Najpierw powoli, powoli wspinała się pod górę, a potem sium i już wagonik pędził w dół. Kolejka była oświetlona, więc nawet po zmroku można było się na niej bawić. Inną atrakcją była wieża spadochronowa o wysokości 28 metrów, skoki odbywały się z 20. Wieża przetrwała aż do 1975 r. – w tym roku została pocięta i przeznaczona na złom. Został po niej tylko trójkątny fundament, który można zobaczyć w parku od strony Wybrzeża Helskiego.
 
 
 
W 1932 r. „100 pociech” zagrało w filmie „Legion ulicy”. Sam film zaginął w czasie wojny. Pozostały po nim jedynie recenzje i zdjęcia, w tym zdjęcie jednej z gier zręcznościowych wykonane właśnie w Luna Parku.

 
 

sobota, 25 lipca 2015

„Rzuć bracie blage i chodź na Pragę”, zachęcają słowa znanej piosenki. Takiemu zaproszeniu się nie odmawia! Zaopatrzeni w aparat i my poszliśmy na Pragę. Efektem jest między innymi post o kolejnej kamienicy, który już wkrótce się pojawi. :)
Co do samej piosenki, „Chodź na Pragę” to przebój z rewii „Uśmiech Warszawy” wystawionej w 1930 r. w Morskim Oku, w której trójkę łobuzów zagrali: Janina Sokołowska, Stanisława Nowicka i Władysław Walter.
Warszawski humor, scenki obyczajowe... jak tu nie lubić tej piosenki? Słowa napisał Tadeusz Stach, a muzykę skomponował Artur Gold. Wymieniony w refrenie Luna Park „100 pociech” powstał na terenie Parku Praskiego w 1930 r., ale o nim oddzielny wpis w następnym tygodniu. :)


U nas na Pradze są rozrywki kurtularne,
Ale najlepszy w Parku Praskim – lunapark
U nasz się tańczy tylko tanga popularne
Z dziewczyną, co ma czerwień buraczkowych warg.

Ref: Rzuć bracie blage i chodź na Prage
Weź grube lage, melonik tyż
Zobaczysz blagie, dziewczynki nagie!
Każda na wage, ma to co wisz.
Byle łamage i Babe Jage
U nasz się bierze pod żeberko i za kark.
Więc podnieś flage, weź na odwage i chodź na Prage
Pod lunapark

Jesteśmy z tamtej strony Wisły, z naprzeciwka.
Mamy swój fason i swój własny szyk.
Gdy nam na wódkę brak, lubimy popić piwka.
W tem nie dorówna nam warszawski żaden łyk

Ref: Rzuć bracie blage...

Nasz tam nie bawi żaden bejc i żadne radio.
Tylko harmonia, to instrument nasz.
A kiedy bracie tańczysz z naszą Leokadia,
To wtedy w łapie najmniej ze sto kilo masz!

Ref: Rzuć bracie blage...

wtorek, 21 lipca 2015

Tak wiele się wydarzyło, a tak niewiele się zmieniło. Przesłanie niestety wciąż jest bardzo aktualne.

środa, 8 lipca 2015

W 1931 r. w "Przewodniku Katolickim" ukazało się 10 przykazań dla żon. Moi faworyci to przykazania 5 i 9. Mam jednak ogromną słabość do pięknych sukienek, także ten... mówi się trudno i kupuje...ekhm... to znaczy, żyje się, tak, mówi się trudno i żyje się dalej. ;)
 
 

sobota, 4 lipca 2015

Charleston, jazz, bary z nielegalnym alkoholem i "chłopczyce" zainspirowane przez Coco Chanel. Ach, szalone lata dwudzieste... Może ktoś chciałby się nauczyć kilku podstawowych kroków? A przy okazji mała rada, co robić, gdy jazda taksówką się dłuży. ;)

sobota, 27 czerwca 2015

Wakacje to czas idealny na pływanie. Niewiele równie przyjemnych rzeczy można robić, kiedy na dworze jest upał. I choć na razie pogoda nas nie rozpieszcza, to w końcu zrobi się cieplej. A co jeśli ktoś nie umie pływać? Cóż, jest kilka sposobów nauczenia się tego. WTW również miało swoją metodę: pływanie na wędce - 1930 r.

niedziela, 24 maja 2015

Wstaje słońce, a wraz z nim budzi się kolejny niedzielny dzień. Tradycyjnie niedziela uchodzi za dzień odpoczynku, dzień w sam raz na spacer, dlatego i ja o nim pomyślałam. Będzie to krótki spacer ulicami Warszawy 1938 r., w czasie którego zobaczymy jak dawniej wyglądał miejski, niedzielny dzień.