piątek, 15 maja 2015

Wszyscy kochamy muzykę. Muzyka nadaje rytm naszemu życiu, pozwala ukoić myśli i zawsze, gdy ją słyszymy pozwala dostrzec odmienną wersję świata tak inną od szumu codzienności. Muzyka rzeźbi kształty i profile naszego życia, a wielu z nas bez niej nie potrafiło by go zbudować...
Pytanie, co muzyka ma wspólnego z warszawską kamienicą, a dokładnie z kamienicą przy ulicy Hożej 39? Patrząc na nią można raczej wyobrazić sobie kojącą ciszę jaka kryje się za jej murami, a nie głównego jej oponenta- muzykę. A jednak.
Za każdym razem, gdy spoglądamy na bogato zdobione elewacje kamienic zachwycamy się bogactwem ich zdobień, prezencją wykuszy i autentycznością detalu. Podziwiamy dawnych budowniczych za ich umiejętności nadawania budynkom duszy i sprawiania, że budynek zdawał się przemawiać do nas swą formą, bądź jeszcze dalej- grać melodię ukrytą gdzieś w dekoracyjnej. harmonii. Uruchamiając wyobraźnię możemy odczytać na bogatej elewacji, czy w półmroku zdobionej bramy zapisane tam nuty które w swych pamiętającym dawne czasy przekazie łączą sie w piękną melodię i ożywiają mury, które niejedno widziały i które stały się domem dla wielu pokoleń.
Kamienica przy Hożej 39 jest wyjątkowa pod tym względem. Ale o tym za chwilę. Wybudowana w 1911 roku przez znaną wówczas ze swej architektury warszawską firmę Józef Napoleon Czerwiński & Wacław Heppen w stylu wczesnomodernistycznym. Ta słynna firma przed I wojną światową obdarowała Warszawę wieloma kamienicami czynszowymi, które nie ustępowały w żadnym stopniu ich paryskim odpowiednikom. Do dziś nad bramą można spostrzec podpis projektantów oraz datę budowy. Fasada budynku jest opracowana w najdrobniejszym szczególe. Dwukondygnacyjna partia cokołowa jest wykonana z granitu w dolnych partiach. Spłaszczone wykusze sprawiają wrażenie jak gdyby fasada falowała do zmieniającej tempo melodii na skrzypce, ale rozwinięcie symfonii nastąpi dopiero, gdy wejdziemy w bramę. Pierwsze spojrzenie od razu zabiera dech w piersiach. Takie bramy odwiedzamy przecież zwiedzając muzea pałacowe, a nie w budynkach mieszkalnych! Brama sprawia imponujące wrażenie, niczym sień pałacu. Wejście na klatkę schodowa poprzedza ganek i jest podpierane przez dwie kolumny. Delikatna muzyka skrzypiec sącząca się ze zdobień fasady wybucha tu prawdziwą energią pełnego instrumentarium. Czy teraz jest to warte docenienia? Z pewnością, ale proszę wyobrazić sobie jak prawdziwy był ten odbiór w latach dwudziestych XX wieku, gdy właścicielką kamienicy była primadonna operetki warszawskiej Wiktoria Kawecka.
"Andzia! To był największy, warszawski szlagier początku XX wieku. Nucono go wszędzie, w biurach, na ulicach, w maglu i mieszczańskich salonach. O radiu nikt jeszcze nie marzył, ale kto mógł i kogo było na to stać, spieszył na koncerty Wiktorii Kaweckiej - bodaj największej ówczesnej gwiazdy piosenki w Warszawie. Ańdzia", rzecz jasna nie była jej jedynym szlagierem.. Gwiazda zasłynęła także z pięknego gwizdania na scenie. "Bez instrumentu, gwiżdżąc, potrafiła robić muzykę" - wspominał Józef Galewski. Gwizdaniem pani Kaweckiej tak się zachwycił bajecznie bogaty, warszawski cukiernik Edmund Gwizdalski, że podarował jej nowiutką willę Wersal w Skolimowie koło Konstancina. Wnętrze budynku ozdobiły, dziś starannie restaurowane, malunki i gipsowe medaliony z wizerunkiem primadonny."
Można tylko wyobrazić sobie śpiew primadonny szykującej się do koncertu, niosący się podwórzem kamienicy ku niebu i ożywiający popołudniowe cienie chowające się przed słońcem w zakamarkach. Czy można trafić na bardziej rozśpiewana kamienicę? Ciekawostką też jest, ze kamienica posiada dwa podwórza, co przed wojną nie było niczym szczególnym, natomiast współcześnie robi wrażenie. Kamienica żyła także swoim życiem. Tuż przy bramie działała cukierenka Cukropol, gdzie można było uraczyć się smacznymi pączkami i babeczkami. Na prawo od bramy mieścił się zakład szewski specjalizujący się w wyrobie eleganckich butów z cholewami z ciemnobrązowej skóry. Obok warsztatu znajdował się zakład fryzjerski, a na poddaszu kilka hotelowych pokoi dla studentów. Oficynę zamieszkiwał pisarz Cezary Jellenta autor powieści "Książę o turkusowych oczach". Właścicielka kamienicy zmarła w 1929 roku pozostawiając ogromny spadek w skład którego wchodził min. 52 karatowy brylant. Zamilkł więc śpiew primadonny jeszcze przed nadejściem lat 30-tych, ale kamienica trwała przypominając swym wystrojem najpiękniejsze operowe pieśni. Gdy teraz spojrzymy na kamienicę naszą uwagę zwraca brak zwieńczenia. Utracone podczas II wojny pseudobarokowe szczyty zdobiące wysoki dach nie zostały póki co przywrócone. Orkiestra gra dalej, lecz jeden z muzyków co jakiś czas fałszuje...
Cytat:

http://hoza39.prv.pl/historia.html









1 komentarz:

  1. Prawdziwe arcydzielo. a jaka zadbana, aż ciepło się robi na sercu :)

    OdpowiedzUsuń